Rozdział 127
ROZDZIAŁ 025
Następnego ranka wstałem przed wschodem słońca i pobiegłem po terenie. Słyszałem patrole biegnące po obwodzie jak zwykle, a moi strażnicy byli spory kawałek za mną, ale poza tym było cicho. Zwierzęta jeszcze nie wyszły na zewnątrz. Było za wcześnie i za zimno, żeby w ogóle zaczęły biegać.
Było już naprawdę spokojnie, gdy dotarłem do ludzkiego miasteczka na końcu kanału. Zatrzymałem się, żeby popatrzeć na ocean.